środa, 29 lipca 2009

Odcinek 4: Most

Witamy w Bośni i Hercegowinie. Kraju uważanym za kraj sztuczny, kraju mogącym pochwalić się aż trzema prezydentami, kraju z około 50% bezrobociem ale przede wszystkim kraju bardzo pięknym, z wspaniałymi ludźmi i wspaniałymi górzystymi krajobrazami. Nie ukrywam, że właśnie to był główny cel mojej podróży i muszę przyznać, że nie zawiodłem się.
Pierwszy przystanek Mostar, stolica Hercegowiny, nieformalnej chorwackiej części kraju. Powróćmy do hostelu Pana Dresa. Jest co wspominać, aż żałuję, że nie zrobiłem żadnych fotek. Pełen luksus, dwie łazienki. Co prawda jedna była na świeżym powietrzu, bez ciepłej wody, druga natomiast w ogóle nie miała umywalki :]
Towarzystwo również ciekawe. Jedna chińska buddystka Zen, która w sumie nie odezwała się do nas ani słowem, poznana przez nas głównie przez opowieści Amerykanki Erici z Waszyngtonu, do która z nią trochę podróżowała i ponoć nawet pogadała. Erica podróżowała z resztą całkiem sporo. W drodze była już około trzech miesięcy, jeżdżąc samemu po całej Europie, od zachodniej strony zaczynając.
W nocy gdy przyjechaliśmy trochę pohałasowaliśmy, buddystka zemściła się na nas następnego dnia rano :)
Zwiedzanie zaczęliśmy od rzeczy w Mostarze najistotniejszej czyli Starego Mostu. Zbudowany w 1566 roku za tureckiej właści stał się symbolem miasta oraz poniekąd całej Bośni i Hercegowiny. No, może nie całej. W 1993 podczas wojny został zburzony przez Chorwatów jako pozostałości po kulturze ottomańskiej. Nie pasował po prostu w nowej chorwacko-katolickiej Hercegowinie. Ciekawe jest też to, że jeszcze rok wcześniej walczyli ramie w ramie razem z Bośniakami (muzułmanami) przeciwko armii serbskiej atakującej ze wschodu. Po tym jak Serbowie odeszli dawni sprzymierzeńcy rzucili się sobie do gardeł. Ofiarą padł piękny most. Słynny również jako miejsce konkursu skoków do wody, będących próbą odwagi dla bośniackich mężczyzn. Dziś wpisany na listę UNESCO. Odbudowanie go w roku 2004 było bardzo ważnym momentem dla wszystkich muzułmanów zamieszkujących miasto.
Tutaj jak most wygląda dziś. Te bloczki z napisem "don't forget - 1993" rozsiane były po całym Mostarze.


Oraz ostatnie chwile mostu oryginalnego


Wstąpiliśmy również do muzeum miejskiego, gdzie obejrzeliśmy również film w całości mu poświęcony. Święto jakie było urządzone po ponownym otwarciu robiło wrażenie.
W centrum miasta z pewnością nie można się nudzić. Za to można zgłodnieć :) będąc na miejscu i nie zjeść oryginalnego burka było by zbrodnią. Oto więc i burek, najpopularniejszy lokalny fast-food chwilę przed konsumpcją. Jak nam później powiedziano, w Bośni znajdziesz wszystko, no może poza McDonaldem :) jedząc tamtejszego burka wcale do Maka nie tęskniłem.


Tutaj niewierny w progach meczetu:


I w oryginalnym domu ottomańskim, funkcjonującym dziś jako muzeum. Pokój dla mężczyzn oczywiście :P


i jeszcze panorama miasta z mostem oraz płynącą leniwie Neretwą:


jeszcze jedna panorama:


Mimo, że minęło już piętnaście lat od zakończenia walk w Mostarze, dalej spacerując po jego uliczkach ma się to dziwne uczucie. Mimo, że miasto zostało niemalże kompletnie odbudowane, widać jest jeszcze, że poza Sarajewem było ono dotknięte przez wojnę najdotkliwiej.

sobota, 18 lipca 2009

Odcinek 3: U Pana Dresa

Żeby nikt sobie nie myślał po powrocie nie poszliśmy od razu spać! zwiedziliśmy jeszcze nabrzeża Herceg Novi, byliśmy nawet na prawdziwej dyskotece! posłuchaliśmy lokalnych przebojów lata, wypiliśmy nad brzegiem morza. Były nawet ambitne plany wykąpania się ale uleciały dosyć szybko :) Acha, i Babcia nie przyprowadziła swojej córki tak jak obiecała. A ja miałem Czarnogórców za dotrzymujących słowo. Córka nawet fajna :P Wszyscy zawiedzeni poszlismy spać.
Następnego dnia był czas na obejście samego Herceg Novi. Miasto również historyczne :P ma zamek zbudowany przez Bosniackiego króla Tvrtko pierwszego. Bośniacki król zlitował się i za wjazd skasował tylko po jednym euro. Macie tutaj zdjęcia z zamku i okolic:


Czarnogórski kot czai się na nieostrożnego turystę:


A tu czają się nacjonaliści:


Jak widać zawsze na służbie, nawet na wakacjach ;)
Dalej o 17 autobus do Bośni i Czarnogóry. Babcia odprowadziła nas na dworzec pewnie łapać nowych klientów. Warto odnotować, że po drodze chciała ponieść moja torbę :D ale się nie dałem. Potem jeszcze chciała nam piwo kupić na drogę. Czarnogórę polecam każdemu ;)
Nasza trasa ciekawa bo prowadząca znowu przez Kotor i Budvę, później pod granicę albańską aż do Podgoricy, stamtąd dopiero na północ do Mostaru. Trzeba przyznać autobus był pustawy. Można było się wyciągnąć. Na początek z resztą nawet nie rzucało bo w Budvie stanęliśmy na jakieś 45 minut. Nawet niekoniecznie na dworcu, ale przynajmniej był czas skoczyć do piekarni kupić bułki. Kierowca w tym czasie stał obok pojazdu paląc chyba z 5 fajek z tego zdenerwowania. W końcu ruszyliśmy i muszę przyznać, że droga przez góry Czarnogóry była bajkowa. Przesiadaliśmy się tylko z lewej na prawą stronę zależy gdzie były akurat widoki.


Według pana kierowcy, który również był niezłym kozakiem, do Mostaru mieliśmy dojechać koło drugiej. Około północy na dworcu w Podgoricy zaczęliśmy powoli tracić wiarę. przyznaję, że mojej wiary nie wzmocniły nawet dwie nastolatki, które wsiadły w tymże uroczym mieście na miejsce za mną i cała drogę śpiewały piosenki i tańczyły także nie mogłem nic kimnąć. Na zdjęciu uroczy dworzec w tym uroczym mieście :)


Kozacki autobus jedzie jednak dalej. Mijamy granice bośniacką, na której pan celnik z namaszczeniem ogląda każdą stronę w naszych paszportach, potem je konfiskuje, potem zwraca, z tym, że mój oddaje mojemu kumplowi :] Nie wiem też czy to przez piosenki, czy przez to, że jechał z górki ale dokulał sie na 2 do Mostaru. Szczęście nasze nie miało by granic gdyby wysadził nad na dworcu autobusowym a nie koło jakiejś stacji benzynowej. Nasz zamówiony hostel oferował usługę dowiezienia nas na miejsce. Trzeba było użyć trochę wyobraźni aby nasz nowy gospodarz przyjechał pod właściwą stację. A był to pan Dres. Pan Dres wyglądał zupełnie jak dres. Nie mieliśmy lepszych pomysłów stojąc o drugiej w nocy koło stacji więc wsiedliśmy do auta Pana Dresa. Auto widziało już swoje najlepsze czasy. Mówie to bez cienia złośliwości :P Ale jechało. Dowiedzieliśmy się po drodze, że autobusy tutaj mają już taki zwyczaj i nasz przypadek nie był wyjątkowy. Z resztą przez dworzec przejeżdżaliśmy. Pan Dres zauważył na nim jakiś kolesi i podjechał do nich. Potencjalni klienci jak stwierdził. Ja tam nie wiem co bym zrobił na ich miejscu widząc starego forda z czterema facetami w środku i dresa który oferuje mi nocleg ale goście nie wymiękali. Czy skorzystali nie wiem, w każdym razie niedługo dojechaliśmy na miejce do hostelu Pana Dresa. Żywi ;)

sobota, 4 lipca 2009

Odcinek2: Babcia i kozaki Czarnogóry

Był odcinek pierwszy, wypada napisać jeszcze z jeden ;) Ciąg dalszy w Dubrowniku, dzień drugi. Ekspedycja karnie wstała, zjadła resztę kanapek i ruszyła na zwiedzanie. Sam byłem z siebie dumny bo udało mi się w końcu obejść mury miejskie dookoła w stu procentach. Fakt, że nie było gorąco, wiało ale myślę, że tam wieje zawsze. Dodatkowo za wejście na mury trzeba było uiścić opłatę ale za to dostałem piękny bilet, swoją drogą sprawdzany na murach kilkakrotnie :) na plus dodam, że uzyskałem studencką zniżkę na legitymację słoweńską.


Widać na zdjęciu niewinne chmurki, które w nocy były całonocną burzą z piorunami. Dawno nie widziałem, żeby burza utrzymywała się tak długo a światło w mieście gasło kilkakrotnie całymi dzielnicami :) Po zejściu z murów obejściu starówki napiliśmy się jeszcze drogiego piwa w ekskluzywnej knajpce dla chorwackich elit ;) i wróciliśmy do naszej mety. Na miejscu okazało się, że kwestia wynajęcia spania na drugą noc nieco się skomplikowała. Całe piętro zarezerwowali jacyś Koreańczycy ale znalazło się dla nas miejsce na parterze, zajmowanym również przez rodzinę gospodarzy i nadpobudliwego kota. Rodzina na prawdę liczna, ilekroć szedłem po coś z lodówki widziałem kogoś innego :) Ogólnie jednak bardzo sympatyczni ludzie, wybaczyli nam nawet zadymienie kuchni i pokoju gościnnego po próbie podsmażenia boczku do jajecznicy :D
Macie tutaj samą chatę. zadowoleni byliśmy, 40 euro za całe piętro z czterema łóżkami, łazienką, tarasem i wszelkimi luksusami w Dubrowniku jest ceną zadowalającą.


Plany wyskoczenia na miasto wieczorem popsuły niewinne chmurki, które po raz kolejny postanowiły zamienić się w burzę z piorunami. Deszcz lał, pioruny waliły, nadpobudliwy kot skakał na szklane drzwi od tarasu. W nocy obudziły mnie jeszcze okrzyki pijanych Koreańczyków, chciałem chwytać za broń ;)
Następnego dnia przenosimy się dalej na południe. Autobusem za 60 kuna udajemy się do Herceg Novi w Czarnogórze. Usiadłem trochę pechowo za Amerykaninem nadającym nonstop całą drogę, w tym i o tym, że w Stanach wszystko jest duże a tutaj jest małe i nie może się zmieścić w kabinie od prysznica. Ogólnie autobus pełen innostrańców, Chorwatów jest może ze cztery osoby. Pewnie istnieje jakieś tańsze połączenie albo to zwykła balkańska miłość między narodami :]
Bez problemów dobijamy do celu. Po drodze bardzo wyraźnie widać zmianę krajobrazów. Sucha, wypalona Chorwacja przekształca się w zieloną Czarnogórę.
Kwestia noclegu rozwiązała się bardzo szybko na miejscu. W chwili gdy wyciągałem plecak i torbę z bagażnika autobusu poczułem, że ktoś za mną stoi. Był to nikt inny jak Babcia. Babcia bez wstępów zaproponowała nam nocleg za 10€ od głowy. Po obejrzeniu warunków, które były całkiem dobre jeśli nie liczyć nie działającego kranu w łazience :) przyjęliśmy ofertę i po powitalnej kawie i Cedevicie (lokalny VisolVit, kultowy napój z mojego dzieciństwa) ruszyliśmy na objazd po wybrzeżu.
Na pierwszy rzut poszła Budva. Położona w południowej części kraju, niedaleko granicy z Albanią nazywana jest ponoć czarnogórskim Miami. Oto moje wrażenia z pobytu :)


Jak widać obowiązująca waluta to euro, co oszczędziło nam wizyty w lokalnej mienialnicy celem wymiany pieniędzy. Pomysł dobry, jednostornne przyjęcie euro na pewno turystów nie odstrasza, a że turystyka to w Czarnogórze prawdziwy biznes wychodzą na tym na swoje. Żeby nie było, że szkaluję Budvę dodam, żę mają bardzo ładne wybrzeże.


Po Budvie przyszła kolej na położone w przytulnej zatoce miasto Kotor. Przyznaję, że spodobało mi sie dużo bardziej. Historyczna część wpisana do listy dziedzictwa kulturalnego UNESCO robi wrażenie. Labirynt wąskich uliczek, kamienne budynki, ukryte zaułki i placyki tworzą klimat. Weszliśmy nawet na górującą nad miastem twierdzę świetego Jana a raczej to co z niej zostało. Po uliczkach też się klimatycznie biegło jak złapał nas deszcz w drodze do autobusu :)


Autobus do Herceg Novi też był swoistą atrakcją. Już pisałem wcześniej przy okazji piosenki "Gas Gas". Kierowca był kozakiem. pomimo tego, że gówno było widać, droga kręta a samochody jechały z naprzeciwka wyprzedzał, gazował ale o dziwo dojechał :) no i ta muzyka z radia. Bezcenne.

czwartek, 2 lipca 2009

Odcinek 1: oszukać Jadrolinije

Koniec sztuki, sztuka umarła, czas na konkrety :) a mianowicie wspomnianą rekompensatę moralną. Wspomnienia z podróży postanowiłem zebrać w całość w postaci telenoweli w odcinkach. Szczegóły istotne i nieistotne, seks i narkotyki, wrażenia i opinie, wszystko dosłownie bez przerw reklamowych ;)
Zacznijmy od początku. Plan był taki że planu nie było. Znaczy się przynajmniej tydzień mieliśmy tułać się po bałkanach, mieliśmy bilet na prom z Rijeki do Dubrownika w kieszeni, załatwioną miejscówę na Chorwacji na jedną noc, czterech członków wycieczki, dwa piwa w puszce i kanapki z "Twoich pięciu minut". I tyle.


Czterech członków wycieczki skurczyło się do trzech po tym jak jedna z koleżanek spóźniła się na pociąg z Ljubljany do Rijeki, piwa zostały wypite, kanapki i bilety przetrwały, ruszyliśmy do Chorwacji. Po drodze widoczki ładne, budowana jeszcze przez Austriaka kolej wije się przez zielone górki Słowenii. W Rijece czekała na nas niespodzianka. Statek popsuł się i zamiast bezpośredniego rejsu mamy międzylądowanie w Splicie. o 7 rano. Dobranoc :) Zemsta na przewoźniku była prosta ale bardzo satysfakcjonująca. Tylko jeden z kumpli miał wykupioną kajutę. Drugi i ja tylko bilet "deck" za 26€. Dobrze się spało w kajucie :D


Prawdziwy marynarski obiad, wspomniane kanapki i browar z plastikowej butelki :) wyżej załadunek na prom marki Jadrolinia. Przesiadka w Splicie bezproblemowa, prom nawet troszke lepszy, w pierwszym ponoć widziane były robale w łazience. Ja nic nie widziałem, do celu dopłynąłem bez żadnych ukąszeń. Sam rejs wspominam bardzo pozytywnie. Słońce świeciło, opalało się na pokładzie przyjemnie. Tym bardziej, że nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, że to już raczej ostatni tak słoneczny dzień tej wycieczki. Poniżej Split - mekka polskich rodzin z dziećmi :)

W Dubrowniku lądowaliśmy z dwugodzinnym opóźnieniem około 17 następnego dnia. Było bardzo miło tylko trochę brakowało powietrza. Burza płynęła zaraz za nami. Przy pomocy lokalnych dresiarzy i miejscowych dzieci odnaleźliśmy nasze lokum, które okazało się całkiem porządnym apartamentem za o dziwo nieduże pieniądze. kumpel przyznał się, że pierwszy raz sam, dobrowolnie oddał telefon dresiarzowi, ale czego się nie robi jeśli jest na nim adres noclegu :)
Na miejscu zapadła decyzja o pozostaniu w Dubrowniku jeszcze jeden dzień. Deszcz i pioruny na zewnątrz nie zachęcały do wyłażenia a wtyd byłoby miasta nie obejrzeć.

wtorek, 30 czerwca 2009

więcej sztuki



Wróciłem! proszę wiernych czytelników o wybaczenie dłuższej nieobecności ale mój dostęp do internetu był trochę ograniczony ;) Dzisiaj długo się nie rozpiszę, zmęczenie materiału ale obiecuję nadrobić zaległości jak najszybciej. W ramach rekompensaty i strat moralnych przedstawiam wam dzisiaj więcej sztuki jugosławiańskiej. Tym razem coś dla męskiej części, był Fredy, teraz przedstawiam wam Severina Vučković lepiej znaną jako po prostu Severinę :) i jej hit tego lata "Gas Gas". Severina to chorwacka wokalistka, przedstawicielka nurtu będącego fenomenem lat 90-tych w Serbii i bardzo szybko reszty krajów byłej Jugosławii czyli Turbo-Folku.
Turbo-Folk, mógłby ktoś powiedzieć, to jugosławiańskie disco polo. Ale nie, sprawa jest bardziej skomplikowana! Owszem, brzmi podobnie ale stoi za nim inna historia. Oryginalne połączenie disco i folku rozwinęło się w izolowanej Serbii w czasie wojny. Lata dziewięćdziesiąte, embargo, spowodowały, że ludzie stworzyli swój własny gatunek muzyczny. Ładne panny, skoczne rytmy, wszystko okraszone banalnymi tekstami oraz często nacjonalistycznymi motywami. Czym się różni jugosławiański folk od turbo-folku? ponoć tylko wiekiem i wyglądem wokalistek :D
Wyobraźcie sobie teraz noc, krętą czarnogórską drogę przez górzyste wybrzeże, kierowcę-kozaka biorącego busem dwa auta jadąc pod górkę i "Gas Gas" dobiegające z głośników. To się nie może nie podobać ;) Z resztą podziwiajcie!

niedziela, 7 czerwca 2009

trochę sztuki



Było trochę kina, teraz coś dla melomanów, prawdziwa perełka z tego niewielkiego kraju, Fredy Miler. Gwiazda estrady, posiadająca nawet swoje hasło na wikipedii.
Zacytuję, "Fredy is recognized for his fluorescent green vest, his electro boogie dancing and his monobrow"
Nie ma co dużo pisać, podziwiajcie :) Sam taniec tylko dla cierpliwych, ale kto nie może się doczekać niech przewinie do 2:35
I niech teraz nikt nie mówi, że nie poznaje kultury lokalnej.

niedziela, 31 maja 2009

turysta zagraniczny


Zdjęcie pod tytułem erasmusi parkują w Krakowie :) Ośmiu znajomych z Hiszpanii, Portugalii i Francji postanowiło wyskoczyć na parę dni zobaczyć mityczną Polskę. Miałem okazję posłuchać relacji na żywo zaraz po powrocie i wydawało się, że wypad ogólnie się spodobał. Ani drogi, ani odholowanie wynajętej furgonetki ani fakt, że skończyła im się benzyna w połowie drogi nie były w stanie popsuć nastrojów.
Dużo co prawda zobaczyć nie zdołali, bo w ciągu trzech dni z Krakowa ruszyli się jedynie do Oświęcimia ale wybaczmy to strudzonym wędrowcom, miasto starali się poznać bardziej dogłębnie, szczególnie wieczorem ;)
Kac, wóda i polska kiełbasa na pace to efekty bardziej wymierne :] Z rzeczy, które podobały się szczególnie podkreślone zostały polskie dziewczyny, wiadomo, najładniejsze :P
Co do piękności dziewczyn to ostatnio jedna znajoma Niemka z niedowierzaniem spytała się czy to prawda, że w Polsce mówi się, że niemieckie dziewczyny są grube i brzydkie. Obok siedzący Francuz stwierdził krótko - True :D